work&travel - podróże w day off'y


Naprawdę nie mogę się zebrać do pisania o wakacjach lub choćby do zgrania zdjęć na laptopa. Z drugiej strony bardzo chciałabym mieć te wszystkie wydarzenia opisane, zobrazowane i łatwo dostępne w mojej przenośnej pamięci (bo ta prawdziwa bywa zawodna). Poza tym miło do tego wracać. Zwłaszcza w szarym listopadzie. Na campie mieliśmy jeden dzień w tygodniu wolny i większość ludzi wykorzystywała go na podróże. Droga była długa, czasu było mało, ale i tak było warto, bo dzięki temu zobaczyłam kilka miast na wschodzie, którego nie miałam zamiaru zwiedzać po campie (moja trasa obejmowała raczej zachód USA). A to było tak:

1. Bushkill Falls

Pierwszy day off to był wyjazd całkiem blisko, pozostaliśmy bowiem w obrębie Pennsylvanii. Mimo że pierwszą częścią dnia były outlety, to absolutnie nie narzekałam. Wiecie, kompromisy. A że byłam jedyną osobą w tym zacnym gronie, która na słowo "zakupy" przewraca oczami, musiałam się jakoś pogodzić z faktem, że tych kilka godzin spędzę w kawiarni/spacerując/rzucają spojrzenia pełne dezaprobaty. Ostatecznie bawiłam się całkiem nieźle we własnym towarzystwie, a dziewczyny wróciły z zakupów przeszczęśliwe, więc w sumie win-win. Tak szczerze, jeśli coś byłoby mi napraaawdę potrzebne, to outlety w Stanach to serio dobre miejsca na zakupy, bo poza szmatami do podłogi typu Forever 21 są też marki z sektora premium w mocno obniżonych cenach (którymi i tak absolutnie się nie jaram, ale przynajmniej nie rozwalą się po dwóch praniach, chyba). 
O Bushkill Falls nie mam zbyt wiele do napisania. Było po prostu przepięknie. Wybrałyśmy sobie najtrudniejszą trasę, skończyłyśmy upocone jak świnie, a po drodze jarałyśmy się widoczkami. Tyle. Było cudownie. I padało.



2. Toronto / Niagara

Plan na zwiedzanie miast miałam nietypowy, bo chciałam się odłączyć. Nie był to pierwszy raz kiedy jechałam w jakieś miejsce z kimś, ale ostatecznie dochodziłam do wniosku, że więcej i pełniej doświadczę, jeśli będę sama. W grupie jest inaczej. Zamyka się wtedy w swoim własnym towarzystwie, rozprasza bez przerwy i trzeba godzić różne wizje na zwiedzanie. Nie bardzo mi to odpowiadało. Finalnie eksplorowałam miasta z Julią, bo bardzo się zaprzyjaźniłyśmy na campie i wiedziałam, że będziemy się idealnie dogadywać także zwiedzając.

Do granicy z Kanadą mieliśmy naprawdę daleko, ale niesamowicie się cieszę, że w moim paszporcie jest pieczątka z tego państwa - zakochałam się w Toronto, mimo że spędziłam tam zaledwie kilka godzin. Na tych spacerach po miastach robiłyśmy dobrze ponad 20 km. Potem takie zmęczone wracałyśmy na camp, zwykle już nocą, a rano trzeba było iść do pracy. Day off'y nie były od odpoczywania, na pewno nie :)

Generalnie nie planowałyśmy zbyt dużo. Wiedziałyśmy mniej więcej co jest gdzie, a resztę organizowałyśmy spontanicznie. Nie miałyśmy tu w zasadzie żadnych must-see, po prostu spacerowałyśmy z otwartą głową i zaglądałyśmy w różne miejsca, które wydawały nam się być ciekawe. I to był najlepszy sposób na to miasto. Po Toronto była Niagara, o której pisałam już przy okazji tego posta, więc nie będę się powtarzać.

3. Waszyngton

Na day off'y wyjeżdżałyśmy we wtorek po pracy, tak, by w środę nad ranem być na miejscu. Uwielbiam zwiedzanie nocą, więc zamiast spać (nie byłam kierowcą, więc nie musiałam się regenerować po długiej drodze), wolałam wyjść pozwiedzać jak najwcześniej. W Waszyngtonie zaczęłyśmy o 5 rano. Najpierw wybrałam się z Julią na godzinny spacer - w dresie i bez makijażu. Naprawdę cudownie jest oglądać miasta o tak wczesnej porze, kiedy na ulicach nie ma jeszcze tłumów, wszystko jest spokojne i sprzyja skupieniu. Potem ogarnęłyśmy się (w maku, a jakże) i przez resztę dnia odhaczałyśmy punkty z naszego must-see. W Waszyngtonie nie szukałyśmy alternatywnych atrakcji, postawiłyśmy na typowo turystyczne miejsca, których jest naprawdę ogrom. Duża część muzeów jest darmowa (i imponująca), jedyne co mnie bolało to fakt, że z tak ograniczonym czasem mogłyśmy zobaczyć 2-3 z nich. I to dosłownie "zobaczyć", bo o dokładniejszym oglądaniu eksponatów nie było mowy. Pomniki, Biały Dom, muzea. Tak to mniej więcej wyglądało. Polityczno-kulturalne okolice robiły wrażenie, żałowałam tylko, że nie mam sukienki, obcasów i nie gram w House of Cards. Jedynym odstępstwem od tego przewodnikowego zwiedzania była dzielnica Georgetown, na którą się uparłam. I słusznie, bo była naprawdę urocza. 


4. Boston

Mój ostatni wyjazdowy day off był już męczący. Na początkowych tripach miałam jeszcze mnóstwo energii, chciało mi się planować i cieszyłam się zwiedzaniem. W Bostonie byłam już po prostu zmęczona. Jedzenie na campie było niezdrowe, ruchu też miałam bardzo mało (z własnej winy - tuż pod domkiem, nad jeziorem, mieliśmy wprost wymarzony pomost do uprawiania jogi), a robienie dzień w dzień tego samego dawało mi się we znaki. No i tak wyszło, że z Bostonu niewiele pamiętam. Nawet nic nie zaplanowałam - po prostu przejechałyśmy się połazić po mieście i wypić kawę w zatłoczonej kawiarni. No cóż. Ogólnie o day off'ach mogę powiedzieć tyle, że naprawdę warto było je wykorzystać na podróżowanie. Owszem, czasu było baaardzo mało i w takich warunkach można mówić jedynie o muśnięciu tego, co miasto ma do zaoferowania, ale dzięki tym jednodniowym tripom zobaczyłam niezwykłe miejsca, w których wcale nie musiałam spędzać długich godzin. 



Komentarze