self love to nie wizyta u kosmetyczki

Ile razy trafiłam na termin selflove zobrazowany dziewczyną w maseczce na twarzy, nie zliczę. Szkoda, że tak często nie pojawia się dziewczyna, która medytuje albo pisze w dzienniku, bo przecież miłości do siebie nie uczymy się przy robieniu paznokci, tylko wykonując ciężką wewnętrzną pracę. Z naciskiem na ciężką. I wcale nie instagramable. Może gdyby zacząć tłumaczyć, że sama wiedza czerpana z mądrych cytatów nic nie zmienia, bo wstawianie zdjęć bez makijażu nie równa się miłości do siebie, to może mielibyśmy mniej przypadków, w których “słowa słowami, ale dalej jakoś mi ze sobą źle i nie wiem gdzie leży problem”.

Drogą do self love naprawdę nie jest wyjście z domu bez makijażu albo wstawienie na insta zdjęcia doskonale ukazującego fałdki na brzuchu, które teraz uczymy się kochać (składnik, efekt, ale nie droga). To fajna moda, zdrowa moda, propsuję, ale jeszcze fajniej jak coś za nią stoi. Te zdjęcia i otwartość to tylko efekt wewnętrznych starań, prób zrozumienia siebie, pokochania w całości, a te ciężko obrazować w social mediach, nawet gdyby ktoś koniecznie chciał to zrobić. Im więcej self-care i czasu, który poświęcamy sobie po to, żeby zrobić dla siebie coś miłego, tym lepiej, ale nie zapominajmy, że to nie jest wszystko. Nie należy spłycać pojęcia selflove (samomiłości, whateva), bo jest ono cholernie ważne, zwłaszcza w dzisiejszych czasach.

Moja teoria jest taka, że self love nie da się osiągnąć na zasadzie celu. Self love to coś co się praktykuje od nowa i od nowa, bo życie nie jest jednostajne, tylko stawia nas ciągle w nowych sytuacjach, w których zdarza nam się zapominać o tej miłości. A self love to dla mnie przede wszystkim autentyzm. Stan, kiedy nie musimy udawać kogoś innego, ulepszać siebie, próbować wpasować się w jakiś schemat, żeby inni mieli o nas lepsze zdanie. Wierzę też mocno, że żadna szczęśliwa relacja nie ma prawa zaistnieć, jeśli obie osoby nie kochają wystarczająco mocno siebie i nie wystarczają same sobie. Bo szukanie kogoś, żeby nas “uzupełnił”, wypełnił jakąś lukę, zniwelował samotność to prosta droga do związkowego kataklizmu pod tytułem “nie jesteś taki jak bym chciała”. Nie chodzi przecież o to, żeby tej drugiej osoby potrzebować do czegoś.

Jak jest z self love u mnie? Różnie. Kocham swoje ciało w stu procentach, ale zbyt często martwię się tym co mówię, czy nie brzmi to przypadkiem głupio. Jestem szczęśliwa sama, ale kiedy pojawia się w moim życiu ktoś, zupełnie zapominam o sobie, jak to się ładnie mówi tracę głowę. Nie lubię tracić głowy. Czasami nie potrafię szczerze powiedzieć co mi leży na sercu, czasami udaję kogoś kim nie jestem. Nie jest idealnie, ale ostatnio coraz lepiej. I wiem, że jest to wynikiem długiej pracy, bycia dla siebie dobrą, pozwolenia sobie na wrażliwość, bezbronność i płacz. A potem zapisywania wniosków, bo codzienne pisanie jest jak autoterapia i zawsze będę powtarzać, że to najlepsze co dla siebie robię.


Pójdę z tą teorią dalej. Self love to też nasza relacja ze światem. No bo jak można mówić o kochaniu siebie przy jednoczesnym zatruwaniu swojego umysłu negatywnymi myślami dotyczącymi innych? Skoro karma wraca, a złe myśli i słowa prędzej czy później obrócą się przeciwko nam to po co to sobie robić? Gdzie tu miłość do siebie? Nawet jeśli nie wierzycie w karmę (sic!) to każdy chyba na własnej skórze regularnie przekonuje się jak to jest czuć się wkurwionym i jak to jest czuć się szczęśliwym. No to teraz trzeba wybrać. I jeśli przypadkiem wybrało się szczęście to sorry, ale nie ma tu miejsca na bycie, że tak to kolokwialnie ujmę, chujem, bo tym sposobem sami sobie robimy krzywdę, a potem nawet nie wiemy skąd tyle negative vibes dookoła i dlaczego tak łatwo nas wyprowadzić z równowagi (wszystkie znane mi laski, które lubiły sobie poobgadywać chamsko innych były tykającymi bombami, które robiły się nieszczęśliwe/wkurzone/sfrustrowane w ułamku sekundy, bo ktoś im nadepnął na odcisk). Just stop doin that.

bardzo typowo - kawa i pisanie

Zanim pogubię się w tym, czego w ogóle dotyczy ten post, wrócę na chwilę do pisania pamiętniczka, mojej tajnej broni w rozumieniu o co mi w ogóle w życiu chodzi. Nie ma jednej drogi do pokochania siebie, zrozumienia, bycia lepszym człowiekiem. U mnie sprawdza się medytacja i pisanie właśnie. Podczas medytacji się wyciszam, uspokajam i przede wszystkim, skupiam na miłości, którą najpierw kieruję do siebie, a potem na zewnątrz. Natomiast pisanie to dla mnie najlepszy sposób na wyrzucenie z siebie myśli i dotarcie do sedna problemu, z którym się akurat zmagam. Piszę codziennie, nawet jak nie mam za bardzo o czym. Lubię nazywać ten mój mały rytuał “strumieniem świadomości”, bo nie ma on nic wspólnego z ostrożnym dobieraniem słów i staraniem się, żeby “brzmiało ładnie”. Ma brzmieć jakkolwiek akurat mi wypłynie z głowy na papier, zwykle chaotycznie. Mój sposób jest najmojszy, pewnie jest masa innych, clue jest takie, żeby poszukać swojego. Bo self love oznacza, że zależy nam na własnym szczęściu, a na to nie ma jednej recepty, trzeba dobrze poznać siebie, żeby wiedzieć, czego się szuka.

Komentarze