Work&Travel w USA - pierwsze wrażenia


Te dwa miesiące pracy na campie jak na razie zapowiadają się błogo. Miałam dużo szczęścia - na moim campie są codzienne wieczorne wyjazdy do Walmartu albo do baru, day off raz w tygodniu, internet dla polish staff'u (stanowimy liczną grupę, w dodatku jesteśmy tymi od "brudnej roboty"), a jeśli ma się szczęście i pracuje na housekeeping'u - niedługi dzień pracy. Owszem, sprzątam kible w domkach dla chłopców, którzy są nierzadko rozpuszczeni jak dziadowski bicz, ale ma to swoje plusy - żadnych długich włosów pod prysznicem, żadnych podpasek utopionych w kiblach, a jeśli się sprężę - cztery godzinki pracy i po sprawie. Obsikaną deskę jestem w stanie przeżyć, naprawdę. *




tym filmowym cudem jeździmy na wycieczki

Niemal codziennie przesiaduję na pomoście przy jeziorze, który jest dostępny tylko dla nas, Polaków, i czuję się jak w bajce. W ogóle często mam wrażenie oderwania od rzeczywistości - jakbym grała w jakimś filmie. Może nie wtedy, gdy latam po domkach z miotłą, ale spacerując po campie, który rozbrzmiewa starymi rockowymi kawałkami (choć częściej słyszę Miley Cyrus), a dzieciaki grają w baseball albo wymyślają układy taneczne - jak najbardziej. Nie mam zbyt dobrego kontaktu z counselorami, czyli w większości amerykańskimi opiekunami dzieci, ale nie starałam się o to specjalnie. Wystarczy mi polish staff, z którym zdążyłam się już zżyć. Przyjechaliśmy tutaj z różnych stron, motywowani różnymi czynnikami, a to, co robimy w życiu różni się diametralnie, ale skoro już tu jesteśmy to dobrze byłoby się polubić. Jak na razie idzie mi dobrze, zwłaszcza, że trzymam się z daleka od dram.




 minusy campu? jedzenie. strasznie dużo cukru, plastikowe owoce i warzywa, codziennie to samo. dlatego śniadanie w knajpce w pobliskim miasteczku było wielkim wydarzeniem.


wyjście z lasu, czyli wyjazd do baru


Z początku denerwowałam się, że nie mam pomysłu na żaden "projekt", który mogłabym tu zrealizować. Nie nakręcę filmu, vloga, nie zrobię serii zdjęć (nie można używać telefonów w zasięgu wzroku dzieci, teoretycznie są zakazane), nie namaluję obrazu, nie napiszę wierszy. No jak nic znów zmarnuję cały ten czas, wyjadę i szybko zapomnę o tym miejscu. Bo tak się u mnie często dzieje - wspomnienia błyskawicznie się zamazują. Zamiast szukać na siłę tego "projektu" czy jak to nazwać, postanowiłam kontynuować to, co zaczęłam w Polsce, czyli mocno skupić się na swoim rozwoju wewnętrznym, pogłębieniu kontaktu z samą sobą i po prostu - byciu. Kupiłam notes i codziennie piszę. Wychodzę sama na pomost, gapię się na wodę i drzewa, oddycham. Wsłuchuję się w swoją intuicję. Uczę się ufać swojej ścieżce i procesowi rozwoju, który czasami napawa mnie przerażeniem. Zagłębiam się w swoje uczucia i emocje, pozwalam im wypłynąć na powierzchnię. Powoli przerabiam różne problemy. Staram się być miłością. Postanowiłam, że to będzie mój projekt. Uczenie się siebie.



* o szczegółach pracy i innych możliwościach zatrudnienia napiszę osobny post
Follow my blog with Bloglovin
PS. na instagramie dużo, dużo więcej wszystkiego:







Komentarze