Niagara. Krótka lekcja ekologii.


Kiedy na statku pytali mnie czy mi się podoba, nie miałam siły, żeby odpowiadać. Uśmiechałam się głupio i kiwałam głową, można by pomyśleć, że coś jest nie tak. Nie stałam przy samej rufie, ale mam wrażenie, że bardziej czuć bym nie mogła. Czułam tak bardzo, że w pewnym momencie chyba przestałam oddychać, tylko gapiłam się na tę potężną ścianę wody, której nie utworzyłby nikt poza Matką Naturą. Za każdym razem kiedy jestem w takich miejscach żałuję, że nie mogę być choć przez chwilę sam na sam z tym, co podziwiam. Wiele bym oddała za spokój nad Niagarą. Za to, żeby turyści zniknęli i pozwolili mi spokojnie patrzeć i podziwiać, i myśleć o tym, jak niezwykła jest Ziemia.

A potem wracam na camp. Camp, na którym każdego dnia marnuje się mnóstwo jedzenia, a wszystko podawane jest na plastikowych talerzykach, wlewane do plastikowych kubków, krojone plastikowymi sztućcami, które raz za razem lądują w koszu na śmieci. Codziennie sprzątam łazienki i codziennie wyrzucam kolejne opakowania chemicznych środków czystości, obficie spłukuję myte powierzchnie wodą, patrzę jak dzieciaki oddają ręczniki do prania po jednym użyciu. Wszystko jest jednorazowe. Rozumiem, że takie obozy rządzą się swoimi prawami i nie da się upilnować setek dzieciaków, by przestrzegały zasad, których najwyraźniej nie wyniosły z domu, ale nie wierzę, że nie można by zminimalizować szkodliwego wpływu jaki camp ma na naszą planetę. To jak bezmyślnie pozwala się tutaj na marnowanie, wyrzucanie, nie-szanowanie jest po prostu strasznie smutne. Bo to oznacza, że te setki dzieciaków i kolejne setki opiekunów za nic mają rzeczy, o które, jak mi się wydawało, coraz więcej osób walczy... Dodajmy jeszcze tylko, że takich campów w samej tylko Pennsylvanii jest kilkadziesiąt i ekologiczny horror mamy nagrany.

Kiedy płynęłam statkiem tuż pod wodospad myślałam tylko o tym, że to cud, że coś takiego w ogóle istnieje. I że nie można brać za pewnik, że tak zawsze będzie. Na Stany Zjednoczone plan mam taki, żeby zobaczyć jak najwięcej natury. Bo jest tutaj unikalna i różnorodna, ale wcale nie jest powiedziane, że mamy dużo czasu, by ją podziwiać. Nie chcę źle myśleć o ludziach. Czasami dociera do mnie, że człowiek grabi Ziemię z jej naturalnych dóbr, zawłaszcza to, co wcale nie należy do niego i niszczy nie zdając sobie sprawy z konsekwencji. Ale z drugiej strony widzę też coraz więcej dobra, współczucia i wdzięczności za to, co mamy. Widzę inne podejście do przyrody. Takie, w którym człowiek dba o Ziemię, wiedząc, że w gruncie rzeczy sami jesteśmy częścią Natury. Podejście, w którym nie ma rozdzielności, a bardzo ścisła jedność. I wiem, że można pojechać nad Niagarę czy jakiekolwiek inne piękne miejsce, natrzaskać mnóstwo fotek i potem chwalić się kolejnym zaliczonym must-see bez choćby minuty refleksji nad tym, na co się patrzy. Ale można też potraktować to spotkanie jako dowód na to, że naprawdę warto włożyć wysiłek w troskę o planetę. A liczą się nawet małe rzeczy. Dla mnie to było przypomnienie, że zawsze jest jakieś wyjście i nawet na campie można marnować mniej, kupować mniej, żyć bardziej świadomie. Nie ukrywam, że w takich miejscach zupełnie się zapominam i tracę z oczu wartości, które "w codziennym życiu" są dla mnie oczywistością. Niagaro, dziękuję za ten friendly reminder.




Komentarze

  1. Uwielbiam, byłam tam, jest co wspominać, tym bardziej wiecznie unoszącą się bryzę ;-)
    Zoio Moda - Blog

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz